Dotykam po omacku ścian z papieru, przesuwam lekkie jak piórko granice, konstrukcje z jedwabnych zasłon opadają mi do stóp. Niech to się nie kończy, droga pełna szeptów, odrywanie po kawałku szablonów i złudzeń, rozrywanie przepierzeń z tektury, nieopisana, nieogarniona gwałtowność poszukiwań. Dogonić teraźniejszość. Więcej, więcej pytań. Tęsknić cały czas. Bose stopy na chłodnej podłodze, poranek. Mieszam ciasto, deszcz pada i wciąż pachnie wiosną. Grudzień chmurny i łagodny, słodki. Kropla wody na samym brzegu warg. Szczęśliwego nowego roku.
'For auld lang syne, my dear,
For auld lang syne,
We'll tak' a cup o' kindness yet,
For auld lang syne'
Zapatrzyłam się w smutne oczy listopada. Kraków miał zapach szronu i waszych perfum; wysoko uniesione głowy, słońce na włosach, umalowane policzki. Oczy jak miód i cynamon. Więcej i więcej, do uniesienia, pokochania, oddechu. Zimne szarości poniedziałkowe, akwarela miasta, oczekiwanie. Zasypiam nad swoim szczęściem, kiedy próbuję to poskładać.
'Bo przecież czasem jesteśmy dani sobie tylko na chwilę.'
Nad miastem mgła. Wyciągam ręce wprost z rozlazłych majaków, ciepłych westchnień utoczonych jeszcze z wczorajszego wina, odrywam się po kawałku z jedwabistych stosów nasennych urojeń. Sama siebie zrzucam z łóżka, w chłód poranka, bez wdzięku i sensu. Zgarniam ku sobie powab tej opowieści, książki i ludzi, złocistą przejrzystość listopada, spokojny oddech wieczornego miasta, otwarte okna. Kupiłam szal i tomik wierszy. Nie strząsaj ze mnie tego zdumienia.
ZA OBIETNICE męża mojego,
który was zwodził kolorami
ludnego świata, gwarem jego
piosenką z okna, psem zza ściany:
że nigdy nie będziecie sami
w mroku i w ciszy i bez tchu
- odpowiadać nie mogę.
Noc, wdowa po Dniu.
Chciałabym zapomnieć, że jestem tutaj sama. Zmierzchy stają się wczesne, listopadowe. Duszno tu i pusto jednocześnie. W palcach rozcieram moje dni, z codziennego chaosu usypuję mandalę bezsensu. Wczoraj stałam w promieniach słońca i patrzyłam jak deszcz złotych liści opada na ulice. Teraz z kąta w kąt, w cieniste aleje mieszkania. Podchodzę do okna, kaloryfer parzy mi uda. Niebo nisko, koronka drzew. W poduszkę wtulona książka.
Dobry człowieku rozumiem twój ból
sam też wypadam z najlepszych swych ról
sam się obsadzam nie tak jak bym chciał
ktoś mi tę rolę wymyślił i dał
ty jesteś księgą tak samo jak ja
będę cię czytał wieczorem co dnia
poprzez granice przeniosę twą treść
zawsze cię będę ze sobą już nieść
Już nigdy nie będzie takiego lata. Belgia w deszczu, zapach muli i frytek, kawa w cieniu katedry. Upalny koniec sierpnia, lody z orzechami i nutellą, naręcza książek i zmarnowanych szans. Teraz gałązki wrzosu, poranki takie chłodne, kiedy stoję w oknie, krąg lampy o zmierzchu. Znów palę miętowe papierosy. Jeszcze słodycz jesienna, przed długą, smutną zimą, powodzie liści, mgły i snów. Ta tęsknota jest inna każdego roku.
'Dotąd doszliśmy. Tu się rozwiązały
koniec z początkiem. Przekłady Homera
na brzegu siedząc przeglądamy teraz.
Nikt nie przypływa po nas. Puste oceany.
Spokój gwałtowny. Może to już sierpień.
Może strach. Rozegrany przez nas umiejętnie.
Jest mi tak jakby już było za późno.
Może to sierpień. Ale drzew tu nie ma
a sierpień zawsze dojrzewa na drzewach.
Nikt nie przypływa. Homerycki żart
i wiatr z kamieni nam wróży jak z kart.
Nikt nie przypływa.'
- Imie: Natalia
O sobie:
Dwudziestojednoletni kłębek nerwów i tęsknot zapatrzony w niebo, nieodnaleziona połówka soczystej pomarańczy z dłońmi pełnymi pesymizmu i niezapominajek zrywanych o świcie. Wielbicielka kawy i długich poważnych rozmów przy winie i świeczkach. Niezmordowany tropiciel nastrojów i emocji przesiewający je przez sito kobiecego serca.
- Tina
- Mr Dalloway
- Raskolnikk

